Kultura i religia dla kulturalnych i religijnych
Blog > Komentarze do wpisu
Teo-grafia

Intryguje mnie ostatnio, czy istnieje coś takiego jak „geografia” aktywności duchowej ludzi i narodów. Wiemy z doświadczenia, że pewne narody mają większą skłonność do przemocy niż inne, że istnieją ludy rozśpiewane i małomówne, ogniste i skłonne do melancholii, pijące dużo lub mało. Podobnie rzecz ma się z religijnością, przynajmniej tak to widzę z perspektywy dobrze mi znanej, czyli prawosławia. Zacznijmy od północy. W Rosji ostoją prawosławia były od zawsze ziemie na północ od Moskwy. Wałaam, monastery sołowiecki i sarowski, pustelnie anzerskie, św. Nil Sorski i jego uczniowie, wszystkie te duchowe ośrodki promieniowały na Ruś z leśnych pustkowi północy. Na pozostałych terytoriach z masową religijnością było już słabiej a na Syberii, poza koloniami staroobrzędowców, kompletna klapa.

A teraz coś z terenów naszej Mitteleuropy. Od zachodniej Ukrainy po północno-wschodnią Rumunię ciągnie się wielki pas monasterów i parafii pełnych praktykujących ludzi, przy czym nie widać, aby ta aktywność jakoś opadała. Nawet najstraszniejsze dziejowe katastrofy, najazdy tatarskie, Turcy czy komunizm nie zdołały tej aktywności w sposób znaczący przytłumić. Wygląda to tak, jakby mieszkańcy tamtych ziem byli bardziej religijni od sąsiadów i już, przy czym dotyczy to nie tylko prawosławnych, ale również mieszkających tam katolików obrządku greckiego i rzymskiego a nawet protestantów.

Spójrzmy teraz na południe Europy, w stronę Bałkanów. Czym wytłumaczyć, że grecka pobożność góruje zdecydowanie nad serbską czy bułgarską? Serbowie chlubią się dziejami Kosowa i Metohii, słynnym, istniejącym od niemal dziewięciuset lat serbskim monasterem Hilandar na Atosie, ale patrząc z perspektywy historycznej zawsze byli narodem stricte wojowniczym, mniej skłonnym do kontemplacji niż też przecież nie stroniący od oręża Grecy. Nawet dziś, mając bodaj najlepiej wykształconych biskupów w całym Kościele prawosławnym i powody do chlubienia się przeszłością (Kościół serbski wybrał po II wojnie linię zdecydowanego sprzeciwu wobec rządów Tity, za co zapłacił ogromna cenę) są Serbowie bardzo zsekularyzowanym społeczeństwem. Jak sami żartują, przeciętny Serb bywa w cerkwi trzy razy w życiu, przy czym dwa razy go przynoszą.

Tu mała uwaga. Rumuni, którzy też mieli swoją komunistyczna Golgotę w słynnym więzieniu w Pitesti, wybrali od końca lat pięćdziesiątych drogę miękkiej kolaboracji z systemem. Mało kto wie, że kilkaset metrów od siedziby rumuńskiej kompartii, w centrum Bukaresztu funkcjonował prężny męski monaster z kilkudziesięcioma mnichami, rzecz nie do pomyślenia w większości demoludów. Droga odwrotna od serbskiej okazała się lepsza. Rumunia jest dziś krajem, w którym poziom praktyk religijnych nie ustępuje Polsce. Ale znowu stajemy przed pytaniem, czy stało się tak dzięki obranej przez hierarchię rumuńskiego Kościoła drodze, czy też tamtejsi komuniści byli bardziej „wierzący” czy zadziałał po prostu tajemniczy czynnik X, powodujący, że jedne narody są bardziej religijne niż inne. Może więc było tak, że Rumuni mogli wybrać rozwiązanie, które nie było w ogóle możliwe w warunkach serbskich?

Myślę, że podobną mapę duchowej aktywności dałoby się wykreślić również dla krajów katolickich. Nadal jednak nie mam żadnego wyjaśnienia tego zjawiska, prócz słów „tak było od zawsze”. Kto wyjaśni tę zagadkę?

środa, 22 marca 2006, arseniusz
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: